Chełmska bajka

5

Bardzo dawno temu prawie cała Polska zalana była ciepłym, płytkim morzem. Pływały w nich zwierzęta, które bardzo często miały muszle ogromne, niczym koła od wozu albo kamienie największe! Było ich tyle, że cały świat można by zasypać, dużych i takich maleńkich, że chcesz, to w ucho igielne włożysz. Mijały lat tysiące a może i miliony, z osadzających się muszli powstały miękkie skały kredowe. Cofnęło się morze, ukazała ziemia i nastał czas ludzi. Miasto Chełm słynie z podziemi, gdzie kredę już w starodawnych wiekach wydobywać zaczęli. Farby z niej wyrabiano, pudry do upiększania lic panieńskich i leki. Miała swój użytek przy budowie domów, lepieniu garnków, dzbanów, kwiacianych doniczek. Cenne były te złoża, dlatego w dawniejszych czasach kto mógł, kredę kopał u siebie, wejścia do tuneli znajdowały się w piwniczce wielkiej liczby domostw. Schodzono głęboko, korytarze łączyły się ze sobą pod ziemią. Trzeba było wiedzieć, jak wyjść z tych podziemi, łatwo było się zgubić w labiryncie kredy!

Skromnie się żyło w Chelmie w tych dawniejszych czasach. Buty tylko dorosły i to nie zawsze używał. Dzieci biegały boso, często cały dzień o kromce chleba, od większego święta posypanej cukrem. Mały Stasiku (tak go nazywali rodzice) dwieście lat temu, może więcej u Mieciku i Ginki się urodził. Dużo, oj dużo mieli oni synów, a ilu, może sami nie umieli powiedzieć, bo nikt ich nie nauczył liczyć ani pisać piórem na papierze. Mieciku cały dzień przy groźnym kowalskim ogniu kuł potrzebne żelazo, jego zacna żona piekła chleb, gotowała kapustę, fasolę, kaszę. Starali się i to bardzo, żeby jedzenia starczyło dla wszystkich, nie raz i nie dwa jednak dzieciom burczało w brzuchach, aż słuchać było przykro. Nie im jednym zresztą, bo z biedą każdy był za pan brat w tym dawniejszym Chełmie.

– Idźcie spać! – mówiła matka, kiedy głód brzuch im ściskał. – Sen to jak pół chleba…

Dzieci układały się na słomie, rzuconej na twarde deski, zamykały oczy i o burczeniu przestawały myśleć. Tylko Stasiku wiercił się pod kapotą ojcową, którą Mieciku co wieczór swoich chłopaków przykrywał.

– Jakże to tak? – myślał. – Nie mam tego, co do życia mi koniecznie potrzeba!

Już od rana myśl o braku nie opuszczała jasnej, kędzierzawej głowy. Chodził po Chełmie, ponuro patrząc pod nogi. Jeśli już podnosił wzrok, to tylko po to, żeby szukać, komu się lepiej powodzi.

– Ot, taki Edo! Codziennie ser mu wkruszają do mleka a mnie się chce kromki chleba! – szeptał. – Największy nędzarz jestem… Nic nie mam!

Tylko on jeden ze srogą biedą nie mógł się pogodzić. Bywało, że spędzał godziny siedząc na zydlu pod oknem, myśląc o tym, czego mu koniecznie potrzeba.

– Chałat na zimę jeden na nas wszystkich! – myślał. – Trzeba latać w jednej koszuli po kopnym śniegu.

Wprawdzie przywykł do mrozu, jak jego bracia i wszyscy koledzy, ale pożądał chałata, jaki na własność miał Edo. Co jednak zrobić? Od myślenia nie przybywało grosików. Stasiku długo nie wymądrował, jak się uwolnić od biedy. Pewnego wieczora zdarzyło się, że do Ginki przyszła Jóśka, ta, co jej mąż trzymał konia i dwie krówki.

chelm

– Wasz chłop, kumo, schodzi czasem po kredę. – chciała się dowiedzieć. – Mój stary sił już nie ma, a trzeba nam na gwałt chałupę bielić!

– Mieciku cały dzień w kuźni siedzi… Mnie też potrza kredy, ale spracowany nielicho. W dom przyjdzie, skibkę chleba zje, zlegnie i tak leży do świtu.

– Nieroby te chłopy, oj, mocno leniwe! Trzeba o skarbie im gadać, żeby zlazł jeden drugi po kredę!

Stasiku zrobił wielkie oczy. Jaki skarb? Gdzie on jest, może tam, w podziemiach… Zaczął pytać matkę, kiedy drzwi się zamknęły za starą Jóśką.

– Ano tak, nie wiesz że złoto i drogie kamienie leżą tam, gdzie kreda. – roześmiała się Ginka. – Dawno temu, kiedy na Chełm napadli Tatarzy książę co tutaj rządził kazał cały skarb miasta w skrzynki zamknąć i schować w podziemiach. Wojowie je nieśli, wiedzieli gdzie szukać? Ale Tatar pogrom zrobił, ten, co chował złoto od strzały marnie zginął. Do tej pory klejnoty w korytarzach gdzieś leżą!

Tak oto powiedziała i poszła ciasto chlebowe wkładać do gorącego pieca, Stasiku na swoim miejscu pozostał jakby go dosięgła strzała, co życia pozbawia. Właśnie na to czekał, w jednej chwili zrozumiał, czego mu potrzeba! Skarb w podziemiach czekał na Stasiku. Dom stał w dobrym miejscu, niedaleko rynku, z piwniczki szły wykute w skalnej kredzie schody prosto w korytarz, ciemno tam było jak w piekle i w najgorętsze dni można się było ochłodzić. Prawie każdy w Chełmie taką piwniczkę posiadał. Bogatsi trzymali tam słoninę, pochowane w słojach mięso, kiełbasę i inne podroby. U biednej Ginki na próżno by szukać takich dobrych rzeczy, do podziemi schodziło się rzadko bo nie było takiej potrzeby. Mały Stasiku na gwałt je pragnął obejrzeć, na przeszkodzie znów mu stanęło ubóstwo. Ten, kto zapuszczał się w korytarze kredowe potrzebował światła. Używano kaganka albo lampy z dzióbkiem, podobnej do czajnika. Za każdym razem do podtrzymania płomyka używano oleju, którego jednak nikt za dawmo nie dawał! Gince żal było każdego miedziaka, wieczorem zaganiała spać dzieci, gasiła światło, żeby nie marnować oleju. Stasiku był może mały, miał jednak dwie ręce i bardzo chciał zarabiać. Zamiast siedzieć w domu i o biedzie rozmyślać, zaczął rozglądać się za złociszami po rodzinnym Chełmie.

– Może podłogę bym ci umył, wujeniu? – pytał tej czy innej kobiety. – Drzewa umiem narąbać.

Dość chętnie godziły się na taką pomoc znajome gospodynie. Chciały mu płacić jajkami albo szklanką mleka, ale on dziękował.

– Ja nie głodny! – kłamał, choć żołądek burczał jak szalony. – Przyjdę jutro, za dwa dni też przyjdę. Jak więcej narobię, dacie jakiego grosika.

Dawały. Stasinek ściskał w ręce zarobiony pieniądz i sam zaczął olej kupować. Zapuszczał się w korytarze ciemne niczym grobowiec, szedł powoli, czując wilgoć ścian, wodę pod bosymi stopami. Wiedział, gdzie kończył się tunel ojcowy: pułap obniżał się, a on szedł pochylony na lewo. Znowu schody, szedł w dół pilnując cennego oleju. Wiedział, że w lampce nie może zabraknąć paliwa. Nauczył się przynosić ze sobą pełną buteleczkę i podsycał od czasu do czasu płomyczek.

Czas upływał. Tygodnie i miesiące zmieniały się w lata, a Stasinek wciąż schodził do wilgotnych kredowych podziemi. Korytarzy było wiele, niektórych nauczył się już na pamięć. Wciąż jednak coś było przed nim. Zawziętemu chłopcu nie udawało się wszystkich sprawdzić. Olej drogo kosztował, starczało go na godzinę, dwie, pracował więc coraz więcej. Miał przed oczami skarb, który wart był każdych poświęceń! Przestał się bawić z chłopcami, nie miał już kolegów.

– Po co mi oni potrzebni? – myślał. – Jak się dobiorę do złota, nie będę się z nikim dzielił!

Kiedy podrósł, nie rozglądał się za żadną dziewczyną.

– Kobieta ma język długi jak stąd do księżyca! Znajdę skarb a ta raz-dwa rozpowie wszystkim. Z żadną się nie ożenię – przysięgał.

Podnajął się do pracy u wuja-sklepikarza. Ważył solone śledzie, kaszę, wódkę też sprzedawał. Uważny był, nie wiedzieć jak, sam z siebie nauczył się liczenia pieniędzy. Za uzbierane grosiki kupował olej do swojej lampki blaszanej, nie miał dość podziemi. Nikt oprócz Stasiku nie czuł się tam bezpiecznie. Straszyła ciemność, przytłaczał chłód grobowy. Jemu niestraszne były niskie przejścia, wilgotne jak spocone czoło ściany. Zawsze schodził chętnie – w kredzie było to, czego potrzebował. Bez skarbu jego życie było nic nie warte, tak myślał. Skrzynie pełne brylantów sprawią, że będzie miał wszystko.

– Jak król, tak będę chodził! – marzył przed zaśnięciem. – Nie, kupię sobie powóz jak dziedzic, koniami będę jeździł. Do jedzenia pasztet i biały chleb, smażone pączki codziennie.

Wszyscy bracia znaleźli sobie żony i doczekali dzieci. Stasiku był sam, ale jakoś nie bardzo żałował.

– Nie potrzebuję! – myślał. – Złotem nie będę się dzielił. Niby jak? Narobił się człowiek, naszukał, a potem trzeba oddać wszystko dla synów.

Pewnego jak zwykle razu nalał oleju w zapasowe butelki, napełnił blaszaną latarnię i ruszył do swoich podziemi. Był piękny lipcowy dzień, ludzie cieszyli się słońcem, on jeden czuł się lepiej tam na dole, gdzie było chłodno i ciemno. Przemierzył znajomą trasę i po dwóch godzinach znalazł się w miejscu, od którego prowadził bardzo długi korytarz. Wąski był, pod stopami wody jak w strumyku. Prowadził w dół, coraz głębiej i głębiej. Zapuszczał się tam już wcześniej, nijak jednak do końca nie doszedł, bo w lampce brakowało paliwa. Bez światła nie można było zostawać w podziemiach, każdy w Chełmie to wiedział. W ciemności gęstej jak smoła tylko ducha albo śmierć własną można spotkać. 

Przejście było długie, zaczynało się niedobrze oddychać, Stasiku jednak posuwał się przed siebie. Tak, jak wcześniej kończyły mu się zapasy oleju – znak, że trzeba wracać, ale tego nie zrobił. Czuł, że tym razem się uda, znajdzie to, czego mu było potrzeba. Starał się iść coraz prędzej, chciał zdążyć, zanim zabraknie paliwa. W pewnej chwili ogarnęła go nieprzenikniona ciemność.

– Przeklęty ten mój los! – krzyknął. – Do licha, dość mam tego wszystkiego!

Nie czas był jednak na użalanie się nad sobą. Stasiku mógł zawrócić zamiast iść przed siebie. Dochodząc do znajomego miejsca miał szansę nawet po ciemku wydostać się z podziemi. On jednak rzucił wyzwanie losowi i biedzie.

– Idę dalej! – pomyślał.

Musiał znaleźć ten skarb, bez niego cóż było warte jego życie na ziemi. Szedł więc dalej, tunel rozgałęził się, Stasiku na oślep wybrał ten z lewej. Było tak nisko, że musiał iść na kolanach, posuwał się mozolnie tym razem coraz wyżej i wyżej. Ile to trwało, nikt nie może wiedzieć, w końcu korytarz znacznie się rozszerzył. Stasiku z trudem łapał niezdrowe, wilgotne powietrze. Prawdę mówiąc, tam, gdzie się znalazł nie było prawie czym oddychać. Łomotało mu w skroniach, przebywanie w mroku przepełniało go lękiem. Musiał zawrócić, wydostać się spod ziemi. Brakowało mu jednak siły.

Korytarz był stary i nieprzewietrzany, Stasiku zaszedł daleko, nastąpił spadek życiodajnego tlenu. Miał zawroty głowy, ogarniała go słabość, której nijak przemóc. Z opowieści sąsiadów wiedział, co go spotka. Straci przytomność, upadnie ciężko zemdlony na kredowym chodniku. Dlatego ludzie z Chełma nie zapuszczali się w dalsze podziemia tak jak on, samemu. W razie biedy miało się pomocną rękę drugiego. Postanowił, że się nie da. Był jeszcze młody, nie chciało mu się zostawać na wieczność pod ziemią! Walcząc z bólem, który zdawała się głowę mu rozrywał, ostatkiem sił zaczął się przeciskać.

– Powietrza! – szeptał. – Powietrza!

Musiał być cały biały, myślał, jak niedźwiedź, wyrysowany na herbie. W starożytnych czasach mieszkał ponoć na wzgórzu, upodobał sobie jaskinię pełną kredy. Siedział tam zwierz, aż jego futro nabrało koloru śniegu. Pewnego razu na Chełm napadli najeźdźcy, złupili miasto, z którego kto tylko mógł, uciekał. Zachciało im się szukać tych, co się pochowali w przed mordem i grabieżą, i tak oto weszli do jaskini z kredy. Niedźwiedź o białym futrze, jakiego nikt nigdy nie widział wyszedł z legowiska i sam jeden przepłoszył tych rozbójników! Uciekli a mieszkańcy Chełma z wdzięcznością patrzyli na dostojne zwierzę, stojące na swoim wzgórzu, w otoczeniu trzech dębów.

Stasiku też potrzebował ratunku. Łomotanie w skroni było coraz silniejsze, w nieprzebranej ciemności jawiły dziwne światła, które zaraz znikały. Walczył ze słabością, która zdawała się wciągać go coraz głębiej. Trzymał się skrawku życia, niczym na brzegu przepaści, z sercem wypełnionym lękiem.

– Co ja tu robię? – myślał, czołgając się pośród wilgotnej kredy. – Sam pod ziemią, jak robak, jak najnędzniejsze stworzenie…

chełmska

Nagle pojął, że to, czego mu potrzeba znajdowało się tam, na ziemi! Jego bracia mieli powietrze, cenniejsze niż złoto zamknięte w przeklętych skrzyniach. Co zrobisz z drogim łańcuchem, jeśli się dusisz bez tlenu. Popłynęły łzy po wymęczonej twarzy Stasiku. Oto ginął jak robak, sam… Nikt mu nie podał ręki, nikt go nie będzie szukał.

– Największy nędzarz jestem! – wyszeptał.

Posuwał się dalej, oparty na startych do krwi łokciach. Zdawał sobie sprawę, że powietrze zrobiło się lepsze, łatwiej mu było oddychać. Uciszył się łomot w skroniach, zaczęły znikać przelatujące co raz przed oczami światła, siły jednak opuściły go zupełnie. Stracił orientację pod ziemią, wyczuwał rozgałęzienia, zupełnie jednak nie wiedział, które powinien wybrać.

– Odpocznę trochę! – postanowił Stasiku. – W głowie się przejaśni, jak się człowiek prześpi.

Pozwolił opaść zmęczonym powiekom, osunął się w jeszcze większą ciemność, która nie była już groźna, ale dziwnie słodka. Nikt już nie zobaczył w Chełmie upartego Stasiku. Ludzie dobrze wiedzieli, że do podziemi schodził w poszukiwaniu wielkich skarbów.

– Pewnie coś znalazł! – mówili niektórzy. – Nie wrócił do swoich i w Warszawie jak jakiś pan sobie mieszka.

Byli tacy, co twierdzili, że przyjechał w rodzinne strony szeroką jak stodoła karetą, z rodziną się przywitał, ale że zawsze był skąpy, to im figę z makiem zostawił i do Paryża pojechał. Inni twierdzili, że został na zawsze pod ziemią, a niespokojny duch nadal szuka klejnotów ukrytych dawno temu w skrzyniach. Kto wie? Wiadomo tylko, że nikt w Chełmie nie poszedł w ślady Stasiku. Byli biedni, to prawda, ale coś tam jednak mieli. Nie szukali tego, czego im brak, w podziemiach.

Autorka treści i ilustacji:
Danka Markiewicz – autorka i ilustratorka, która opublikowała pierwszą książkę we Włoszech (gdzie mieszka). Nie może się doczekać wydania swoich powieści w Polsce. Zilustrowała dwie książki włoskiego wydawnictwa. Prowadzi bloga http://dankamarkiewicz.blogspot.com. Nieustannie się uczy i stara jak najczęściej rysować.

5 komentarze


  1. Żyjemy w czasach, w których rzeczy materialne mają zbyt duży priorytet dla dzieci. Codziennie ze smutkiem obserwuję jak dzieciaki ciągle chcą więcej, nie potrafiąc się cieszyć z tych małych i tak naprawdę najważniejszych rzeczy. Mam nadzieję, że uda mi się tego nauczyć moją córeczkę. Piękna bajka, dzięki!


  2. Piekna bajka. Kazdy z nas szuka czegos i nie jest zadowolony z tego co ma. Ja tez bylam z mezem i dziecmi na emigracji ale na szczescie udalo mi sie przekonac meza do powrotu. Tesknota za OJCZYZNA i rodzina .A to takie proste, kochac zycie takim jakie daje nam los, a szczescie samo sie do nas usmiechnie.


  3. Przeczytałem tę bajkę 3letniemu synowi na dobranoc. Każe poddać w wątpliwość sens chyba jednak niepotrzenego życia na emigracji, na którą namówiłem żonę przed pięcioma latami.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój komentarz:
Wstaw tutaj swoje imię