4.2
(102)

Zapraszamy do bajki o dobrej wróżce. Przeczytaj historie czworga dzieci. Na sam koniec możemy się wspólnie zastanowić czy wróżki są wśród nas i jak je możemy poznać.

– Natalia –

Okno zamknęło się z wielkim hukiem. Tak potężnym, że Natalia podskoczyła na krześle. Wiatr. Świst. Grzmoty. Błyski. Hałas. Deszcz uderzał o parapet niczym klocki spadające z najwyższej półki. Nadeszła burza. Natalia boi się burzy, i to bardzo. Nie potrafi opanować swojego strachu. I choć za każdym razem, w takiej sytuacji, powtarza sobie w myślach, że jest dzielna, cała aż trzęsie się ze strachu, słysząc kolejny grzmot.

dobra wróżka

W pokoju zrobiło się ciemno, dokładnie tak, jak ktoś zawiesiłby za oknem czarny koc, który w jednej sekundzie zabrał słońce, chmury, zielone drzewa. Ciemno i strasznie. Natalia zeskoczyła z krzesła i pobiegła szukać mamy.

– Mamo, Mamusiu, gdzie jesteś – krzyczała, zbiegając po schodach.

– Mamo, boję się – dodała ciszej.

Natalia już z oddali słyszała, dobrze jej znane, kroki mamy. Poczuła się spokojniej, bo wiedziała, że za chwilę ciepłe ramiona mamy otulą ją i sprawią, że cały strach odejdzie.

– Mamusiu, znowu jest burza, a ja tak strasznie się jej boję, przytul mnie proszę.

Mama usiadła w miękkim, turkusowym fotelu, który stał przy oknie w salonie. To ulubiony fotel mamy. Zawsze w nim siada, kiedy chce spokojnie popisać, popijając przy tym swoją ulubioną herbatę z pokrzywy i mango. Taki magiczny fotel, w którym odchodzą smutki, przychodzą do głowy dobre pomysły i rozwiązania kłopotów.

Natalia poczuła się bezpiecznie. Wtulona w ciepłe ramiona mamy czuła, że strach odchodzi. I choć burza przybierała na sile, grzmoty były coraz głośniejsze i bardziej intensywne, a deszcz lał się po całych oknach jak pędzący strumień, Natalia przestała się bać.

– Mamusiu, jak dobrze, że zawsze jesteś obok mnie. Kocham Cię.

Mama pogładziła swoją miękką dłonią złoto – brązowe włosy Natalii. Były delikatne i pachniały jej ulubionym truskawkowym szamponem. Natalia spokojnie oddychała, razem z mamą zaczekały na koniec burzy. Mama wróciła do swojej pracy, a Natalia do odrabiania lekcji.

Natalia to uczennica pierwszej klasy szkoły podstawowej. Jest bardzo pilną i obowiązkową uczennicą. Najbardziej lubi rysować i pisać. A już tak naj, najbardziej uwielbia słuchać bajek, które mama czyta jej co wieczór przed zaśnięciem. To już tradycja w jej domu, po kąpieli każdy dzień kończy się opowieścią. Tak było i dzisiaj.

Natalia wie, że książki mają wielką moc. Moc poruszania wyobraźni, odpowiadania na dziecięce pytania, dodawania wiary, moc pełną magii.

Natalia leżała już w swoim łóżku. W cieplutkim łóżku, które pachniało świeżo upraną pościelą. I zapachem mamy.

– Mamusiu, proszę, wymyśl dzisiaj sama jakąś bajkę – zaproponowała Natalia. Uwielbiam twoje opowieści i nowych bohaterów.

Mama zawsze czyniła to z wielką radością. Po pierwsze dlatego, że wymyślanie bajek to dla niej świetny trening pamięci, by nie pomylić wątków, nie pomieszać bohaterów z innych bajek, by wymyślić coś nowego, zaskakującego. Po drugie, a może i najważniejsze, uwielbia, tak jak jej córka, historie pełne magii. Bo w tych opowieściach zawsze dzieje się coś niezwykłego, a czasem nawet bardzo zaskakującego.

– Gotowa? – zapytała mama.

Tak, mamusiu – to o czym będzie ta bajka – rzekła, już bardzo śpiąca, Natalia.

– O małej dziewczynce, która pokonywała swoje lęki przy pomocy szczególnej przyjaciółki – odparła mama.

– Przyjaciółki, ale jakiej? – dopytywała Natalia.

– Przyjaciółki z górnej półki – powiedziała mama, po czym obie wybuchnęły śmiechem.

Mama wygodnie ułożyła się obok córeczki, podłożyła rękę pod swoją głowę i spokojnym głosem zaczęła mówić.

A wszystko zaczynało się tak.

Nigdy nie wiesz, co spotka cię każdego dnia. Czy nowy dzień będzie pełen radosnych zdarzeń, czy może smutnych. Czy kolega z klasy powie ci coś miłego, czy koleżanka z podwórka poczęstuje cię jabłkiem. Każdy dzień to cud. To słoneczne promienie wpływające przez uchylone okno do twojego pokoju. To ich ciepło na twoim policzku, kiedy siedzisz przy biurku. To radosna rozmowa z panią sąsiadką, czy też miła wymiana zdań z właścicielką psa z bloku obok. I wiele innych takich miłych zdarzeń. Ale nowy dzień to też burza, która pojawia się nagle, bez uprzedzenia. Zamyka z trzaskiem okno. Przykrywa niebo okropnym szarym kolorem, który budzi strach. Wtedy chcesz się schować gdziekolwiek, uciec przed strachem, prawda. I właśnie w takich momentach zawsze pojawia się dobra wróżka. Niewidzialna. Przezroczysta, ulotna niczym rozpryskująca się delikatna bańka mydlana. Mieniąca się wieloma barwami, lekka, lśniąca, z połyskującymi skrzydłami. Dobra wróżka, która wlewa w serduszka dzieci spokój i nadzieję…

Ale w tym momencie mama usłyszała już spokojny oddech córeczki. Wiedziała, że mała już śpi. Ten moment zawsze ma w sobie coś z magii. Spokój, szczęście, miłość. Mama nigdy nie zamieniłaby tej chwili na nic innego.

– Bartek –

Bartuś od piętnastu minut siedział w kącie obok kaloryfera. Tego z pozdrapywaną farbą, spod której wyłaniał się niebieski kolor, zapewne będący dowodem na wcześniejsze malowanie. Bartek pochlipywał cichutko i nie pozwalał nikomu podejść, nawet pani Weronice.

wróżka i dzieci

Bartuś to najniższy z grupy chłopiec, o ciemnych prostych włosach, niebieskich, bystrych oczach i fantastycznym, dźwięcznym śmiechu, który często rozbrzmiewał na przedszkolnym korytarzu. Zawsze radosny, pomocny, zabawny, prawdziwa dusza towarzystwa, jak mówi mama, choć Bartek nie ma pojęcia, co to znaczy owa dusza towarzystwa. Dziwne określenie, prawda?

Tak czy siak, tego dnia, a był to marcowy wtorek, Bartuś nie był duszą żadnego towarzystwa, tylko siedział skulony pod oknem. Pani Weronika poprosiła wszystkie dzieci, by nie podchodziły do kolegi, tylko pozwoliły mu uspokoić emocje.

– Co to znaczy uspokoić emocje – zapytała szybko Oleńka.

– Oznacza to, że każdy z nas, w trudnym momencie, potrzebuje chwili spokoju, by przemyśleć zaistniałą sytuację czy problem, spojrzeć na to z drugiej strony i spróbować znaleźć rozwiązanie, poszukać wyjaśnienia – odpowiedziała dzieciom pani.

– Ale proszę pani, co się stało i dlaczego Bartek siedzi tam tak długo, to znaczy pod tym brzydkim kaloryferem – dopytywała Lenka.

– Nie wiem, odparła zgodnie z prawdą pani Weronika. Myślę, że Bartek za jakiś czas zechce nam o tym opowiedzieć. Pamiętacie, jaką mamy umowę – ciągnęła pani – że każdy problem, każdą przykrość sobie wyjaśniamy, by nie psuć atmosfery i przyjaźni między wami, prawda?

– Prawda – chórem rzekły dzieciaki.

Nastała pora obiadu. Żółty zegar, w kształcie słoneczka, pokazuje godzinę dwunastą. To ulubiony moment Motylków. Po wyczerpującej zabawie, zajęciach angielskiego lub muzyki należy się chwila wytchnienia i dobry, pożywny posiłek. Maluchy siadają przy swoich kwadratowych, niedużych stolikach nakrytych serwetkami w biało – zieloną drobną kratkę. Potrafią już same nakryć do stołu, rozłożyć sztućce. Na wielkiej, metalowej konstrukcji/ wózku, który niosą z piskiem cztery małe, bardzo piszczące kółka, wjeżdża on – obiad.

-Hurra, jedzenie, co dziś będzie, a bleee, ogórkowa, nie lubię – słychać przekrzykujące się dzieci.

Po pierwszym rozeznaniu tematu okazuje się, ze jednak ta bleee ogórkowa wcale nie jest taka bleee, nawet spoko. Maluchy w ciszy jedzą. Pani podchodzi do Bartka i zaprasza go do stolika. Maluch, któremu wcześniejsze łzy obeschły już na ładnych, zaróżowionych policzkach, wyciąga rączki do pani Weroniki i z całej siły się do niej przytula. Pani czuje ciepło swojego ucznia, lekkie pociąganie małym, przedszkolnym noskiem. Kocha swoją pracę.

Pani Weronika uczy w przedszkolu dopiero pierwszy rok. Od razu zdobyła sympatię swoich uczniów. Jest kochana, jak mówią, ciepła, sprawiedliwa, bardzo mądra i najbardziej na świecie cierpliwa. Zawsze potrafi rozwiązać każdy problem, od smarków wiszących aż po pas, zadrapania na łokciu, zakrztuszenia zupą, po wielkie miłosne rozterki, że Franek spojrzał na Kasię, a przecież kocha go Marta. Każdego dnia przedszkole to prawdziwa wyspa dziwnych przygód. Gdyby nie było pani Weroniki, los Motylków byłby smutny.

I tym razem czułość i zrozumienie pani Weroniki przyniosło efekt. Bartuś zjadł cały obiad, a było tego sporo – ową bleee ogórkową, kotlet z kurczaka z ulubioną kaszą bulgur i jeszcze te buraczki. Może i są zdrowe, ale potwornie brudzą, dosłownie wszystko, bluzę, spodnie, stolik i nawet podłogę. Kto to widział, by dawać maluchom buraczki, prawda?

Po obiedzie dzieci usiadły w kole na podłodze, razem z panią. To już motylkowa, poobiednia tradycja. Dzieci siedziały w ciszy, bo nie wiedziały, czy można zapytać Bartka, dlaczego płakał.

– Dzieci, chciałabym z wami porozmawiać o tym, co się dzisiaj wydarzyło i co spowodowało, że Bartek tak bardzo się zasmucił. Spróbujemy się tego dowiedzieć? – ciągnęła pani.

Dzieci twierdząco pokiwały główkami.

– Bartku – czy powiesz nam, co się rano stało? – zapytała pani.

– Bo proszę pani, Franek powiedział, że…że…że ja jestem słaby i mały i że noszę okropne okulary i że nikt nie chce się ze mną bawić, bo jestem głupi – Bartkowi zaszkliły się oczka.

– Franku, czy to prawda – rzekła pani Weronika

-Taaak, ale ja nie chciałem, to znaczy, no może Bartek ma okropne okulary i jest mały, ale w sumie jest spoko – próbował wyjaśnić Franek.

Rozmowa trwała dobre dwadzieścia minut. Dzieci usłyszały, jak Franek przeprasza Bartka i przypomniały sobie, że nie wolno nikogo ranić komentowaniem czyjegoś wyglądu, zachowania, bystrości lub jej braku, czy miejsca, z którego pochodzi. Bo się różnimy, ale mamy takie same prawa, emocje i potrzeby. Jesteśmy równi.

Na koniec pani Weronika przypomniała dzieciom opowiastkę, która podobno jest prawdziwa, że zawsze, o każdej porze dnia czy nocy widzi nas nasza dobra wróżka. Czuwa nad nami i pomaga, kiedy dzieci tej pomocy najbardziej potrzebują. Taka dobra wróżka…

– Ale gdzie ona jest i jak wygląda, jest przezroczysta, bo przecież pomogła Bartkowi, ale nikt nas nie odwiedził – dopytywała Ola. A czy wróżka teraz jest z nami, czy na nas patrzy? – ciągnęła.

Jestem pewna, że tak właśnie jest – odrzekła z lekkim uśmiechem pani Weronika. Jestem tego pewna – powtórzyła, a dzieci spokojne i uśmiechnięte rozeszły się do swoich ulubionych kącików zabaw.

– Marta –

Zima tego roku była naprawdę zachwycająca. Śnieg padał już od tygodnia, codziennie. Świeże, puszyste, różnorodne płatki śniegu powolutku płynęły po niebie z góry do dołu, choć czasem wydawało się, że frunęły od dołu do góry. Marta uwielbia zimę, właśnie za tę magiczną aurę i radosne zabawy na śniegu z koleżankami. Codziennie rano, tuż po przebudzeniu, pierwsze co robi, to odchyla białą, koronkową firankę, by zobaczyć, czy sypie śnieg.

piękna wróżka

-Tato, tato, ale napadało śniegu. Chcę iść na sanki, na sanki – radośnie krzyczy Marta.

Tata i mama zdążyli już się przyzwyczaić do tych wybuchów euforii córeczki i zawsze, ze szczęściem w oczach, się temu przyglądają. Lubią widok swojego dziecka. Marta to ich jedyne dziecko, bystra, śliczna dziewczynka o złotych włosach i zielonych oczach. Ich prawdziwe szczęście.

Dzisiaj była sobota, a wiadomo weekendy uwielbiają i dzieci i dorośli, prawda? Chodzenie do pracy, szkoły czy przedszkola może i jest potrzebne, ale Marta zawsze powtarza, że niekoniecznie. Rodzice jednak spokojnie jej zawsze tłumaczą, że nauka, poznawanie wiedzy, kontakt z ludźmi, zadania do wykonania, porażki i zwycięstwa mają sens. Bo uczą nas odpowiedzialności, obycia w świecie, relacji społecznych. Uczą życia i rozumienia świata.

Więc Marta, choć uwielbia swoje przedszkole, tak samo mocno, a może i ciut mocniej, uwielbia weekendy.

– Kochani, piątek – weekendu początek – mawia Mama i to jest znak, że zaczyna się najfajniejszy czas tygodnia. Dłuższego spania, wspólnych zakupów, spacerów, wycieczek, zabaw i gry w planszówki w domu, zabaw z króliczkiem Leonem, wspólnego gotowania, pieczenia pizzy i można by tak wymieniać w nieskończoność. Marta kocha bardzo swoich rodziców i każda chwila z nimi spędzona jest dla niej prawdziwym szczęściem. Nawet taka zwykła chwila, jak wspólne przeglądanie ulotek sklepowych, ha ha. Bo, mama zawsze to powtarza, ważne jest, by robić różne rzeczy razem, nawet te najzwyklejsze. Spróbujcie ze swoimi rodzicami!

Tata stał już na dole niewielkiej górki pod lasem, a Marta, ubrana jak kosmonauta w puchowy, różowy kombinezon, czapkę, kask, rękawice, szykowała się do pierwszego tego dnia zjazdu z górki. Umościła swoją pupę na sankach, złapała uchwyt, cofnęła sankami, a potem cała naprzód. Ten wiatr na twarzy, szybkość, płatki śniegu wpadające do oczu, to było to. Wolność i dzika radość bycia dzieckiem. Ale wiecie co, tata Marty też lubi zjeżdżać na sankach. Choć było na nich napisane, że maksymalne obciążenie to 60 kg, jakoś dały radę unieść i tatę. Tylko, według Marty, tata śmiesznie hamował. Wystawiał pięty, wciskał je w śnieg z całej siły, aż śnieg rozpryskiwał się na boki i sanki się zatrzymywały. No ale dorośli są dziwni, nawet w takiej kwestii jak hamowanie na sankach.

– Tato, tato – chodź na górkę, pozwolę Ci zjechać, no nie bój się, będzie fajnie – radośnie machała i wołała Marta.

Jak myślicie, tata dał się namówić? Niech odpowiedzią będą jego mokre końcówki nogawek spodni i starte buty.

Zjeżdżanie trwało tego dnia bardzo długo, było pięknie, mróz, zero wiatru, delikatnie płynące z nieba płatki śniegu, prawdziwie bajkowy krajobraz. Było ślicznie. Marta uwielbia takie chwile. Było cicho i pięknie.

– Aaałłła, tatusiu, boli, boli – krzyknęła Marta po tym, jak jej sanki zderzyły się z sankami koleżanki z tego samego bloku, Natalii. Dziewczynki wypadły z sanek, tuż pod lasem. Upadły na śnieg, który choć wyglądał na miękki puch, pod spodem był twardą masą. Natalia i Marta próbowały wstać, ale był z tym jakiś poważniejszy problem. Obie dziewczynki płakały. Tata i mama Natalii czym prędzej pobiegli na ratunek i ocenę sytuacji. I choć takie zdarzenia często mają miejsce podczas zjeżdżania na sankach, wyglądało, że tym razem sprawa jest dużo poważniejsza.

– Tatusiu, strasznie boli mnie noga, o tutaj – Marta, z twarzą pokrytą łzami, pokazała palcem prawą nogę i miejsce tuż nad kostką.

Tata w pośpiechu podwinął puchowe, różowe, zmoczone już spodnie córeczki, odchylił ciepłe skarpety i jego oczom ukazał się ten oto widok – noga we skazanym miejscu była zakrwawiona, spuchnięta, nienaturalnie wygięta, chyba zaplątała się w płozy sanek w trakcie upadku.

– Proszę powiedzieć, co z Natalią – tata krzyknął do jej mamy. Mama była przerażona. Jest samotną mamą i każde takie zdarzenie powoduje, że zdana jest wyłącznie na siebie. Mimo trudności, jest bardzo dzielna, wspaniale opiekuje się Natalią i doskonałe radzi sobie z sytuacjami dnia codziennego.

– Nie wiem, nie wiem, Natalia ma chyba złamaną rękę, nie może nią ruszać – mama, choć bardzo zdenerwowana, próbowała zachować spokój i ocenić sytuację.

Dziewczynki, choć nadał przerażone, przestały płakać.

– Jedziemy na pogotowie – stanowczym głosem oznajmił tata. Zabieram panią i dziewczynki do naszego samochodu i jedziemy. Musimy sprawdzić, czy wszystko jest w porządku i czy urazy nie wymagają interwencji lekarskiej.

Po kwadransie byli już w Miejskiej Stacji Pogotowia Ratunkowego. Ratownicy, w swoich pomarańczowych kombinezonach z napisem Ratownik Medyczny, biegali szybko, bo co chwilę przywożony był nowy pacjent. Natalia i Marta znowu zaczęły płakać, nigdy nie były w takim miejscu, wydało się im straszne, obce osoby, hałas, przeraźliwy dźwięk syreny karetki, to było jeszcze gorsze, niż ból nogi i ręki. I choć na jednej ze ścian było dużo kolorowych naklejek z bohaterami dziecięcych bajek, niewiele to pomogło w oswojeniu strachu dziewczynek.

– Cześć dziewczynki – jestem Ada – ratowniczka medyczna – a wy jak macie na imię?

Zapłakane dziewczynki szybko podniosły wzrok, tuż przed ich twarzami stała młoda ratowniczka, w obszernym kombinezonie, w maseczce ochronnej na twarzy. Widać było tylko jej ładne, duże, brązowe, uśmiechnięte oczy. I trochę chłopczyńskie, króciutkie, czarne włosy.

Dziewczynki grzecznie odpowiedziały dzień dobry i podały swoje imiona.

Ratowniczka, puszczając oko do taty i mamy, kontynuowała.

– Widzę, że zimowa zabawa zakończyła się jakimiś kontuzjami – boli ręka i noga, prawda? Wiecie co, mam pomysł. Kiedyś też bałam się lekarzy, placówek medycznych, ale pokonałam ten lęk i dzisiaj pomagam takim maluchom jak wy. Prowadzę nawet warsztaty medyczne w przedszkolach i szkołach – rzekła Ada.

– Zaprowadzę was do najlepszego lekarza w tym pogotowiu, tylko dla specjalnych gości. Co wy na to?

Marta z Natalią twierdząco pokiwały główkami i już za chwilę, trzymając za obie ręce ratowniczkę Adę, weszły do pokoju lekarza. Miłego, młodego lekarza, który powitał je uśmiechem.

Badanie, rtg ręki i nogi, odbyło się bardzo sprawnie i szybko. Cały medyczny personel bardzo pomógł dziewczynkom znieść ból i strach. Nagle wszystko okazało się nie takie straszne, jak było na początku.

– Znacie legendę o dobrej wróżce? – lekarz zapytał dziewczynki. Tej, co jest podobno niewidoczna i w tajemny sposób pomaga wszystkich dzieciom. Oswoić lęk i strach. My też tu takie mamy – szepnął.

– Pani w przedszkolu zawsze nam powtarza, że każde dziecko ma swoją dobrą wróżkę – rezolutnie odparły dziewczynki.

– Ano właśnie, wy na pewno macie taką właśnie dobrą wróżkę. Mimo iż upadek wyglądał niepokojąco, po badaniach okazało się, że to tylko zadrapania i stłuczenia. Kilka dni odpoczynku w domu, leki przeciwbólowe i będziecie jak nowe – uśmiechnął się pan doktor, wręczając recepty i wskazówki rodzicom.

Marta i Natalia, z tatą i mamą, wróciły do domu. Zmęczone. Stres powoli zaczął odpuszczać. Najważniejsze, że dziewczynkom nic poważnego się nie stało.

– Franek –

Co by nie mówić o Franku, był rozrabiaką. Okropnym. A to splunie prosto pod nogi koleżanki z grupy, a to kopnie kolegę. Nic sobie z tego nie robi. Każdego ranka to samo. Pani rozpoczyna zajęcia, Franek gada, Franek piszczy, Franek wywraca oczami, jak kameleon, jedno oko w prawo, drugie w lewo – albo ewentualnie w pozycji góra – dół. Dziewczynki płaczą, bo ciągnięte przez nieznośnego kolegę włosy bolą, a siniaki od kopnięcia przypominają o jego wyczynach przez kilka kolejnych dni.

wróżka, zabawa i dzieci

Franek uspokaja się jedynie po kilku głośniejszych komendach pani.

– Franku – usiądź prosto, ale najpierw przeproś koleżanki. Wiesz, że nie tolerujemy tutaj takiego zachowania i na nie nie pozwalamy – mówiła spokojnym, lecz stanowczym głosem pani.

Franek, choć przeprosił i twierdził, że rozumie swoje naganne zachowanie, zapewne niedługo wróci do swoich przyzwyczajeń. No chyba, że coś sprawi, że zmieni swoje postępowanie…

Słońce grzało tak mocno, że trudno było oddychać. Wciągane małym dziecięcym nosem powietrze aż parzyło. Nawet Frankowi to przeszkadzało. Późna wiosna, cudowny czas końca roku szkolnego. Zabawa na świeżym powietrzu, zapachu niebieskiego, raz rześkiego a raz dławiącego powietrza w nosie. Wszystko to sprawiało, że chciało się żyć. Ciepło słońca dodaje energii, zwłaszcza dzieciom, prawda? Jakoś szybciej wtedy biegają, szybciej wspinają się na barierki, w ogóle szybciej mówią i szybciej jedzą lody. Wszystko robią bardziej intensywnie. Rozrabiają też. Niestety.

Franek postanowił na nowym placu zabaw zademonstrować swoje super moce, zdjął śmierdzące od potu i rozgrzanych stóp trampki i zaczął wdrapywać się na nową instalację. Wielka konstrukcja miała dobre 5 metrów w górę. Kilkanaście splątanych ze sobą grubych lin, które prowadziły nie wiadomo dokąd. To znaczy wiadomo, prowadziły na szczyt, do wejścia na zjeżdżalnię, ale ich toru nikt nie potrafił prześledzić. Liny mieszały się między sobą, zawijały, snuły się tylko im znaną drogą. Ale zawsze trafiało się na górę. Franek też tam wlazł. W triumfalnym geście uniósł ręce i krzyknął:

– Hej, mięczaki, kto tak potrafi, no kto? – wrzeszczał na całe gardło Franek.

Po czym wślizgnął się do tuby zjeżdżalni. I tylko wesoły chichot dawał znać o tym, że w środku zakręconej tuby jedzie Franek Rozrabiaka.

Po czym, z prędkością dobrej deskorolki, wypadł z tuby uderzając pupą o piasek. Szybkość zjazdu była imponująca. Większość dzieci kończyła swoją wędrówkę na górze, nie decydując się zjechać. Albo wędrówka na szczyt instalacji kończyła się płaczem i rodzice musieli znosić malucha na dół, by dać mu czas na dorośnięcie do tej atrakcji.

Podczas gdy Franek zgrywał ważniaka, zjeżdżając po raz kolejny ze zjeżdżalni, na plac zabaw weszło dwóch starszych chłopców. Mogli mieć około 14 – 15 lat. Ubrani byli w kolorowe koszulki z krótkim rękawem, dopasowane, dżinsowe spodnie. Na głowach mieli czapki z daszkiem z jakimiś dziwnymi znakami, których nie znają przedszkolaki. Z ich telefonów komórkowych leciała bardzo głośno muzyka, co rusz słychać było bardzo brzydkie wyrazy, te, których zabrania używać mama czy pani w przedszkolu.

Na placu, poza Frankiem, było jeszcze kilkoro małych dzieci. W tym Ola z mamą. Z tego samego przedszkola, ba, z tej samej grypy, do której uczęszczał i nasz Franek Rozrabiaka.

– Patrz, ale mięczak, zobacz, jak on zjeżdża, ha, ha, ha – wrzasnął na całe gardło jeden z przybyłych chłopaków, tych od głośniej muzyki, pokazując palcem na naszego Franka.

Jak to, ktoś śmiał nazwać Franka mięczakiem? Przecież to Franek tak nazywa inne dzieci.

– Chodź tu kolego mięczaku, pokażemy ci, jak się zjeżdża – zawołał chłopak, wskazując na Franka.

Franek wdrapywał się właśnie na ostatni poziom, stojąc jedną nogą na linie, a drugą stawiając już na metalowy podest u wejścia tuby. Starsi chłopcy w ekspresowym tempie znaleźli się obok Franka. Otoczyli go z każdej strony. W oczach Franka pojawił się strach, jakiego nikt nigdy u niego wcześniej nie widział. Nawet on sam nie wiedział, że można się tak czuć. Strach, niepewność, upokorzenie to nieznane dotąd Frankowi emocje. Do teraz.

Chłopcy zaczęli szturchać Franka, chcąc go zrzucić z instalacji. Biedny Franek, noga spadła z liny, ręka nerwowo szukała jakiegoś podparcia, na darmo, ześlizgnął się dwa poziomy w dół. Ale to nie był koniec jego strachu. Jeden ze starszych chłopaków wrzasnął Frankowi do ucha.

– Ej, ty, mięczak, oddawaj, co masz w kieszeniach, najlepiej telefon – powiedział to takim głosem, że Franek wiedział, że nie są to żarty. Bał się, jak nigdy dotąd. Trząsł się ze strachu, aż zimne kropelki potu zaczęły mu spływać po plecach.

– Dawaj, ile mamy czekać – wrzasnął drugi z chłopaków.

Chłopcy zrzucili Franka na piasek. Zaczęli przeszukiwać mu kieszenie w poszukiwaniu cennych przedmiotów. Franek siedział skulony i cały we łzach. Niedaleko placu zabaw stała Ola, jej mama kupowała właśnie warzywa na zupę w pobliskim sklepie. Choć sytuacja, której Ola była świadkiem, ją samą przeraziła, przypomniała sobie słowa mamy, że zawsze, jak komuś dzieje się coś strasznego, trzeba szukać pomocy u dorosłych albo samemu pomóc, jeśli to nie zagraża naszemu zdrowiu i życiu.

Ola nie wie, skąd znalazła w sobie tę moc, ale z całych sił krzyknęła w stronę chłopaków i Franka.

– Zostawcie Franka, to mój przyjaciel, nie wolno bić nikogo, a zwłaszcza słabszych – głos Oli nie zadrżał ani na moment.

Chłopcy odwrócili głowy w poszukiwaniu autorki tego komunikatu. Widząc małą dziewczynkę, roześmiali się na całe gardło, ubawieni na całego.

– Hej, ty, panienka, weź lalkę i idź się bawić – nie wtrącaj się smarkulo – krzyknęli.

Ola ani myślała odpuszczać. Wiedziała jednak, że sama nie da rady i to zbyt ryzykowne podejść do starszych chłopaków. Rozejrzała się pospiesznie dookoła, zawołała mamę, która widząc, co się dzieje, szybkim krokiem zmierzała w stronę Franka. Starszy pan, spacerujący nieopodal ze ślicznym białym pieskiem, zapytał, czy Ola potrzebuje pomocy, a ona skinęła twierdząco głową. Mama stała już przy Franku. Nadbiegł pan z pieskiem i Olą.

– Co tu się dzieje, dlaczego bijecie słabszego? – zapytał starszy pan. Jak tak można, zaraz wzywam policję – powiedział stanowczo.

Chłopcy próbowali uciekać, ale starszy pan ich zatrzymał. Zażądał oddania telefonu Franka. Pomimo początkowego sprzeciwu, jeden z chłopców wyjął ze swojej kieszenie telefon i położył na ławce. Mama w tym czasie opatrywała Franka i jego skaleczoną rękę. Sytuacja została opanowana, a chłopcami zajął się patrol policji, który bardzo szybko nadjechał. Ola z mamą odprowadziły Franka do domu, wcześniej dziękując za pomoc starszemu panu.

– Ola, Ola – Franek z trudem wycedził te słowa – dziękuję ci.

– Gdyby nie ty, nie wiem, co by się dzisiaj stało – dodał Franek.

Uśmiechnął się do koleżanki, znikając na klatce schodowej. I przypomniał sobie niedawną opowieść pani nauczycielki, że każdy z nas ma swoją dobrą wróżkę. Czyżby Franek też taką miał?

Ola stała nieco zdziwiona, ponieważ dotąd nigdy nie usłyszała od Franka słowa dziękuję. Dzisiaj był pierwszy raz.

– na zakończenie –

Miły Czytelniku, Miła Czytelniczko,

Poznałeś/ aś właśnie cztery historie – cztery opowiadania i czterech bohaterów – Natalię, Bartka, Martę oraz Franka.

Cztery historie, które wydarzyły się w innym miejscu i o innym czasie.

  • Czy potrafisz powiedzieć, co lub kto łączy te historie?
  • Spróbuj własnymi słowami opowiedzieć, co przydarzyło się naszym bohaterom (Co przestraszyło Natalię? Dlaczego Bartek płakał i nie chciał bawić się z dziećmi? Jak czuła się w nowym miejscu Marta? Co przytrafiło się Frankowi?)
  • Czy potrafisz opisać emocje, jakie towarzyszyły naszym bohaterom – spróbuj je nazwać, a potem zapisać ( poproś o pomoc rodziców)
  • Kto pomógł Natalii, Bartkowi, Marcie i Frankowi? Jakimi cechami wyróżniały się osoby, które udzieliły pomocy, co konkretnie zrobiły?
  • W każdym opowiadaniu pojawia się Dobra Wróżka – jest o niej mowa. Czy potrafisz ją wskazać, gdzie jest, kto nią jest? Jakie cechy ma Dobra Wróżka?
  • Czy Ty masz wokół siebie taką Dobrą Wróżkę?
  • Kto jest Twoją Dobrą Wróżką, jakimi cechami się wyróżnia?

Świetnie Ci poszło. Już wiesz, że każdego dnia spotykamy na swojej drodze Dobre Wróżki. Mają różną postać, wykonują różne zawody. Są po to, by pomagać, wspierać, dodawać otuchy, ocierać łzy i przytulać. Życie bez takiej Wróżki byłoby smutne. I mniej kolorowe. Staraj się każdego dnia rozglądać dookoła i dostrzegać to, co dobre, i ludzi, którzy okazują Ci pomocną dłoń. Czasem wystarczy drobny gest, uścisk dłoni, uśmiech, by świat stał się piękniejszy. Pamiętaj, że zawsze możesz i masz prawo prosić o pomoc.

Każdy człowiek posiada moc zmiany czyjegoś życia na lepsze. Najważniejsze jest to, czego nie widać – to, co nosimy w sercu – nasze emocje, współczucie i chęć pomocy.

Pomyśl, czy i Ty mógłbyś/ mogłabyś stać się dla kogoś Dobrą Wróżką? Co mógłbyś/ mogłabyś wtedy zrobić? Powodzenia!

O autorce
Marzena Gburska-Bauszewska – Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim. Posiada doświadczenie zawodowe w obszarze dziennikarstwa, administracji, logistyki i edukacji. Wiele lat spędziła w dużych korporacjach, ale pasja do pisania zwyciężyła. Obecnie zajmuje się copywritingiem, który stał się źródłem nowym wyzwań zawodowych i inspiracji. Pracuje na etacie jako copywriter/ redaktor dużej platformy. W wolnych chwilach pisze bajki dla dzieci. Prywatnie mama żywiołowej Aleksandry.

Jak się podobała bajka?

4 komentarzy

  1. Dzień dobry Pani Małgorzato,
    Dziękuję za wiadomość, cieszę się, że moje opowiadania się spodobały. Obecnie są dostępne wyłącznie na stronie bajki-zasypianki.pl. Gdyby znalazło się wydawnictwo zainteresowane wydaniem bajek, byłaby szansa na ich wersję książkową :)
    Pozdrawiam,
    Autorka

  2. Bo jak tu mieć za złe wróżce, która przynosi samą radość i uczy szacunku, szczerości i stwarza poczucie bezpieczeństwa. Oby moc wróżki była w każdym z nas.

  3. Przeczytałam dwie pierwsze i po prostu REWELACJA… Przede wszystkim pisane prostym i tym samym zrozumiałym dla dzieci językiem… konkretne zdania, popularne słowa, sytuacje wzięte z życia dzieci, ujęte uczucia i problemy dzieci :-)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój komentarz:
Wstaw tutaj swoje imię