Bajka o tym jak Szczepan z Kakofonią sobie ze smokiem poradzili

Potykając się o osmalone kamienie i resztki wypalonych pniaków Szczepan szedł do przodu. Magiczny hełm królewski spadał mu na czoło i jak na złość brzęczał przeraźliwie. Również papuga Kakofonia na jego ramieniu darła się w niebogłosy. Smok – nawet jeżeli był jeszcze daleko – pewnie ich już usłyszał. A to mogło oznaczać wielkie kłopoty. A wszystko zaczęło się tak…

Królestwu Koronii zagrażał straszny potwór. Jego władcy – królowi Kalamburowi III nie było wcale do śmiechu.  Smok głową sięgał ponad wysokie budynki, od wyziewów z jego paszczy więdły kwiatki doniczkowe, a mieszkańców jeszcze wiele dni później bolały brzuchy. Wracał co pół roku i oblegał mury miasta. Król wraz z najlepszymi rycerzami musieli wtedy stawać do obrony. Bitwy trwały zwykle pół dnia i na szczęście do tej pory zawsze udawało się potwora odgonić.

Starcia wyglądały zwykle dość podobnie. Stwór podlatywał od strony wschodniej aż pod same mury zamkowe. Widząc rycerzy gotowych do walki, napięte łuki i kusze wymierzone prosto w siebie obracał się i wystawiał w stronę zamku swoje pokryte grubą łuską plecy. Deszcz strzał obsypywał go ze wszystkich stron, na co ten reagował rykiem i pomrukami, od których ziemia się trzęsła, a obrazy spadały ze ścian. Podczas gdy połowa mieszkańców chwytała obrazy by nie pospadały, reszta ruszała do obsługi katapult. Wystrzeliwały one w stronę smoka beczki wypełnione gorącym olejem.  Trafiony tak kilka razy potwór odlatywał w końcu w sobie tylko znanym kierunku.

Tym razem miało być jednak inaczej. Po naradzie postanowiono nie czekać na smoka tylko na niego z zaskoczenia zaatakować. Wszystko zostało zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach przez króla Kalambura i wielkiego arcymaga. Do walki miało stanąć całe wojsko Koronii. Król miał założyć do walki słynny magiczny hełm swojego pra-pra-pra-dziadka, który wsławił się tym, że pokonał strasznego potwora z południa. Wielu twierdziło, że udało mu się to właśnie dzięki hełmowi. Był on częściowo zrobiony z mosiądzu, na który jak się okazało tamten był uczulony. Gdy drużyna pra-pra-pra dziadka w rozsypce uciekała z pola bitwy, goniący ich stwór pochwycił i połknął wodza. Uczulenie okazało się tak silne, że potwór zaczął się krztusić i wymiotować. W efekcie pra-pra-pra-dziadek wyleciał mu z paszczy i leżał przez jakiś czas w zielonym śluzie. W tym czasie potwór nie mógł złapać oddechu i po kilku desperackich rykach padł bez ducha. Efektem ubocznym tego tryumfalnego wydarzenia był dość przykry zapach, który wydzielał od tej pory hełm. Jednym przypominał on smród zepsutych pomidorów, a innym odchody kanarka. Wielki arcymag nazywał go jednak magiczną aurą i twierdził, że zawdzięcza jej dużą część swojej mocy.

Złośliwi powątpiewali w istnienie potwora i twierdzili, że pra-pra-pra-dziadek go sobie wymyślił i że tak na prawdę wyprawił się wtedy na ryby. No ale skąd by się wziął wtedy ten straszny smród, który wydzielał hełm? Gdy tylko ktoś miał wątpliwości wystarczyło, że pociągnął nosem aurę i wszelkie mu natychmiast przechodziły.

Wszyscy byli jednak zgodni, że hełm był wspaniały. Zwieszały z niego liczne dzwoneczki, które miały przerażać przeciwników swym natarczywym brzęczeniem. Był tak szeroki, że ten kto go nosił musiał zawsze przez drzwi przechodzić bokiem. Głowę trzeba było w nim zawsze trzymać prosto bo ciągle spadał na oczy. Prezentował się jednak znakomicie.

Król miał dodatkowo zabrać ze sobą swoją papugę, o budzącym grozę imieniu Kakofonia. Wsławiła się ona podczas trzeciej wojny z królem północy, kiedy to swoim śpiewem wzbudzała popłoch w szeregach wroga. Jej obecność była również potrzebna dlatego, że jak twierdziła znała języki  wszystkich narodów i gatunków, włączając w to smoki i potwory. Nikt tego nie kwestionował, bo gdy tylko próbował to dawała ona pokaz swoich możliwości. Tego zaś nikt długo nie mógł wytrzymać.

Król poprosił też arcymaga i naczelnych wynalazców królestwa o skonstruowanie specjalnej broni na smoka. Nazwał ją działem laserowym. Według króla miało ono mieć moc przebijania twardych łusek na pancerzu potwora. Pomysł może był i świetny, ale konstruktorzy nie bardzo wiedzieli o co władcy chodzi. Na pewno miało to być coś z serem, ale co? Po długich pracach przerobili jedną z katapult tak, że mogła wystrzeliwać wielkie kręgi twardego parmezanu. Byli ze swojego dzieła bardzo dumni – udoskonalone działo laserowe potrafiło wystrzeliwać nawet 40 serów na minutę. Testy przeprowadzone na pobliskiej szopie wypadły pomyślnie – trzy minuty ostrzału z broni laserowej zmiotły ją z powierzchni ziemi.

W niedzielę o świcie, przed wyruszeniem na potwora król wezwał do siebie wszystkich swoich generałów.  Siedzieli w sali tronowej czekając  na swojego wodza i władcę. Po raz pierwszy miał im się pokazać w pełni swojej chwały i w uzbrojeniu, w którym miał ruszyć do bitwy. Czekali tak już dłuższą chwilę gdy w pewnym momencie dało się słyszeć odległe brzęczenie. Generałowie wstali spodziewając się wodza. Brzęczenie zbliżało się, a do tego zaczęła docierać do nich aura hełmu.  W pewnym momencie coś gruchnęło i usłyszeli jęk oraz głośny skrzek papugi. Potem szuranie metalu o ścianę i odgłosy szamotania. Strażnicy chcieli już pobiec na pomoc, ale w drzwiach wreszcie ukazał się król. Bokiem i tyłem przechodził, szorując o ścianę mocno przekrzywionym hełmem. Na ramieniu siedziała mu Kakofonia z bardzo obrażoną miną.

Władca opanował się, wyrównał hełm  i podszedł do generałów. Mimo usilnych prób by iść sztywno i bez drgań z każdym krokiem dzwonki brzęczały. Gdy przystanął przemówił, a rozumienie jego słów dalej utrudniał hałas dzwoneczków.

– Dzisiaj ruszamy na smoka!

Generałowie zamarli przerażeni. Brzęczenie zagłuszało głos króla i większości się zdawało, że usłyszeli „Dzisiaj uszami nas kota!”, inni uważali, że chodziło o łaskotanie, ale pewności nie miał nikt. Zgodni byli co do tego, że to było coś z uszami. Zamieszanie zrobiło się tak wielkie, jak wtedy gdy Kakofonia i arcymag pokłócili się o to jak jest „dzień dobry” w języku krokodyli. Według papugi było to „A psik!”, a wg arcymaga „Kici! Kici!”. W czasie gdy się spierali wszystkie koty na zamku co chwila – raz to przybiegały, raz wybiegały z ich komnaty.

Ponieważ dzwonki nadal przeszkadzały w mówieniu ustalono, że to co chce im powiedzieć król narysuje na kartce. Zarządzono też wywietrzenie Sali tronowej  bo moc aury dała się już wszystkim we znaki. Rysowanie okazało się równie trudne bo hełm spadał na oczy i w końcu i ten pomysł zarzucono. Jako pamiątka tego dnia dzieło króla po dziś dzień wisi na ścianie zamkowej.  Sam władca wyjaśnił później, że przedstawia ona scenę pokonania smoka, ale przez wszystkich nazywane jest „Żaba na kaloryferze”.

– Piki i miecze w dłoń! Na smoka!- krzyknął w końcu król wielkim głosem i wśród brzęczenia dzwonków wskazał ręką góry na wschodzie, z których zwykle przybywał smok.

Wojsko zrozumiało wreszcie gest króla i ruszyło we wskazanym kierunku. Już w drodze trwały ustalenia co ich wódz chciał powiedzieć. Na początku wyraźnie coś było o piłkach i meczach – stwierdził jeden z generałów. Szmer niedowierzania przebiegł wśród szeregów. Smok niedaleko, a król tutaj o piłce nożnej gada.

Drugą część bajki o Szczepanie i Kakofonii możesz znaleźć tutaj.

Ilustracje do bajki przygotowała Pani Agnieszka Spiżewska. Wielkie podziękowania! 🙂

Tags: ,


  1. Swietna bajka! Czekam na wiecej niesamowitych opowiesci! Pozdrawiam autora i wiernych czytelnikow.


  2. to nie jest bajka dla dziewczynek


  3. To jest jak najbardziej bajka dla dziewczynek


  4. O to chodzi wlasnie Kuba – jak ja bylem dzieckiem walkami ze smokami zajmowali sie raczej chłopcy a nie dziewczęta. Teraz jest równouprawnienie na maksa. Ciekawe jaka jest według Ciebie bajka dla chłopców – pewnie ta gdzie dobierają sobie prze kilka stron stroje a potem już do końca szukają wybranki swego życia.


  5. Jak to nie? Mojej ona sie bardzo podoba!,


  6. Swietna bajka 🙂 Moja 5,5 letnia corka uwielbia Panskie opowiadania. Poprosimy o wiecej 🙂


  7. Mojej Hani nie przypadła do gustu, ale pomysł ciekawy.

Napisz komentarz!